Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk MOSiR 2014 Nordic Walking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk MOSiR 2014 Nordic Walking. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 marca 2014

MOSIR Gdańsk Nordic Walking 2014 Park im. Ronalda Reagana Gdańsk - relacja

Trzymam kciuki za wszystkich startujących dziś w Maratonie Warszawskim! Pozdrawiam!

Natomiast wczoraj byłam na pierwszych moich zawodach MOSIR Nordic Walking w rodzinnym Gdańsku. Organizowane były przez MOSiR - bardzo sympatycznie, rekordowa frekwencja, piękna, słoneczna pogoda, nadmorski park i nordikowi przyjaciele: Luiza i Jarek, którzy zaprosili mnie na tę imprezę...Piękna, rekreacyjna sobota. Szczególy na Portalu Chodzę z kijami.
Do Parku dojechałam rowerem, w domu zjadłam banana i napiłam się kawki z mlekiem sojowym. Mimo, że pierwsze kilka dni było znów chłodne, tym razem włożyłam tylko koszulkę termiczną i lekki polar (a na niego świetną koszulkę Vegan Workout), za to na szyję apaszkę i pozostawiłam czapkę - dużo i często teraz jeżdżę rowerem, nie chciałam się zaziębić w drodze powrotnej.  Nietrudno było znaleźć punkt zapisów, a już wcześniej zarejestrowaliśmy się elektronicznie i z radochą wpisałam jako KLUB Vege Runners
a w zasadzie powinnam napisać łamane przez Vege Nordic Walkers:
i dokonałam więc szybkiego odbioru numerów startowych i chipów. Miałam buty bez wiązanych sznurowadeł, ale Orgaizatorzy pomyśleli o wszystkim - przygotowali także paski zaciskowe do mocowania chipów w butach z rzepami, lub takich jak moje. Nie trzeba było ani wpłacać wpisowego, ani zostawiać dowodu osobistego. Szybko odnaleźliśmy się z przyjaciółmi, chwila rozgrzewki i czas ustawiać się na starcie.

Dwa dystansy 12 i 6 km. Z minutowymi odstępami wyruszali mężczyźni i kobiety na 12-tke, oraz tak samo my - na dystans 6 km. Oczekując na starcie dowiedziałam się, że zaplanowane są dwie pętle a trasa wiedzie częściowo po szutrze, a częściowo po kostce brukowanej drogi rowerowej.
Ruszyliśmy pomału, rekreacyjnie - moim zdanierm, bo stałam całkiem  z tyłu. Jak zwykle na takich rekreacyjnych zawodach część osób jednak bardzo chce wygrać, a sędziowie są dopiero po 0,5 km, więc nie obyło się bez podbiegania niektórych na początku. To moje pierwsze "zawody" Nordic Walking w Gdańsku - więc obserwowałam wszystko z zainteresowaniem. Było sporo osób z małymi dziećmi z kijkami, ojcowie z maluchami w chustach na plecach, sporo osób 60 i starszych, uwzględniono kategorie dla osób z niepełnosprawnością...słowem rodzinna, rekreacyjna impreza.
Jednak po pierwszych 2 kilometrach peleton się rozrzedził i ...dało się już maszerować szybciej, własnym tempem. Zmieniłam więc zdanie, bo znudził mi się spacer, i - wbrew wcześniejszym żartom i zapewnieniom - udzieliła mi się atmosfera zawodów i postanowiłam się ścigać, choćby na tyle, by sprawdzić, czy dogonię Luizę, która wyruszyła w grupie kobiet sporo przede mną.
                                                                 Rozgrzewka
O dziwo, wcześniej najbardziej obawiałam się kawałków trasy po drodze rowerowej, lecz okazała się ona dla mnie bardzo sympatyczną nawierzchnią, na której najwięcej i najbezpieczniej przyspieszałam, wyprzedzając innych uczestników zawodów. Kostka ułożona ciasno - moje kije Exel Stride z ostrym grotem  nie wbijały się między bruk, mogłam bezpiecznie i ufnie się odpychać, bez obawy o utknięcie kija w bruku i bolesne szarpnięcie ramienia z kijem (co zdarzało mi się na trasie kostkowanej przy Kopcu Gertrudy)... Przyjaciele mieli po zawodach inne zdanie, że kostka była fatalna i śliska...Może to kwestia kijów? Może odmiennej  techniki...? Zaś na nadmorskich fragmentach trasy leśnej, uważać trzeba było na patyki, szyszki, korzenie...- po prostu uważać i patrzeć pod nogi.  Lu miała kije Leki - pierwszy raz je widziałam na żywo, do tego składane - świetne są, szczególnie latwość wypięcia. Zauważyłam też nowe kije Exela - Stridy ale ergonomicznie wygięte!, z kopytkiem zakładanym na stałe...ciekawie to wygląda, ciekawe jak amortyzują...?
Lu i Zou :)
Po pierwszym okrążeniu zrobiło się gorąco, słońce o godzinie koło 13 było w zenicie, na niebie żadnej chmury...maszerowaliśmy dalej, zaczynali nas już wyprzedzać mężczyźni, którzy wyruszyli na 6-tke 2 minuty wcześniej. Z subiektywnych wrażeń treningowych - zupełnie nie bolało mnie biodro, które kiedyś dokuczało mi mocno (pisałam o tym na starym blogu, ze 4 lata temu (i ze 25 kilo temu ;)...Teraz ruszyłam w zasadzie bez marszowego przygotowania, dawno nie chodziłam na kijach, ale szło się świetnie, bez kolki, zadyszki, chociaż z rumieńcami :) W ten sposób, gdy zostało 3/4 ostatniego okrążenia, zaczęłam odczuwać "moc" innych zawodników - już nie tak łatwo było mi ich doganiać i wyprzedzać! Trzeba przyznać - miałam chwile zmęczenia, ale może także przez to, że z wrażenia przegapiłam możliwość chwycenia na półmetku kubeczka z wodą i trochę chciało mi się już pić. No ale została ostatnia "prosta", wiodła w cieniu, a potem ścieżką rowerową, więc równomiernie, jak w metronomie, słychać było równomierny stukot setek kijków o bruk. Widziałam przed sobą Luizę, czasami była o 20 m przede mną, ale też pod koniec bardzo mocno przyspieszyła  i straciłam ją z oczu, tym samym nie dogoniłam mojego motywacyjnego "króliczka". Zapewne pościgamy się w tym marszu w przyszłym roku :)
Do mety dotarłam jako 17-sta w mojej kategorii wiekowej, z czasem poniżej godziny na 6 km. Na mecie każdy Uczestnik otrzymywał przepiękny, ciężki medal od Miasta Gdańska i MOSIRU. Było to bardzo miłe i zaskakującodla mnie jednak odświętne uczucie. Jednak w związku z tym, iż tylko zawodnicy z "6" kończyli swoje pętle, trzeba było szybko zejść z drogi, bo maszerowali jeszcze zawodnicy z dystansu "12". Po pobraniu kubeczków z wodą i nawodnieniu, staliśmy jeszcze długo bijąc brawa i kibicując walczącym Nordik Walkerom na "12"...
Niezmiernie podziwiam osoby dużo starsze  ode mnie z tak wspaniałą kondycją. Także wiele Pań, które mnie wyprzedzały, o wiele starsze a jednak dużo bardziej zahartowane nordikowo.
tuż po mecie: Lu i Jaro
Wyniki: Jarek  dotarł na metę jako 4 w swojej kategorii wiekowej, Luiza zaś była sporo szybsza ode mnie. To fajnie, bo mam teraz motywację w stylu "na ambicję" na przyszły rok, natomiast Oni będa mieli za zadanie utrzymać "tytuł zwycięzcy" ;) Oczywiście trochę żartujemy, ale było naprawdę bardzo, bardzo miło. Organizatorzy częstowali zawodników drożdżówkami, woda była dostępna w wielu punktach, także samoobsługowych. Na żywo przebieg zawodów relacjonował Portal Chodzę z kijami. Trzeba przyznać, że wyniki na stronie www pojawiły się w internecie już godzinę po zakończeniu zawodów - moim zdaniem, należy się pochwała za organizację.
                                                                Bez zbędnych słów ;)
Dziekuję Wszystkim z którymi się ścigaliśmy oraz Organizatorom za miły i bezpieczny wyścig! A Luizie i Jarkowi za to, że mnie zaprosili, bo sama z pewnością bym przegapiła tę imprezę. Teraz już na bieżąco śledzimy pobliskie wydarzenia Nordic Walking na Portalu Chodzę z kijami i już mamy mały plan, która będzie kolejną "ściganą".  Nasz sezon nordikowy w Gdańsku rozpoczęty :) A póki co, zachęcam do wyjścia z kijami dla siebie, na codzienny spacer, marsz, przechadzkę, po prostu rekreacyjnie. Pozdrawiam!
zou woodwalker
ja czyli: zou woodwalker  z klubu vege runners/wege nordic walkers
ps. dodam, że moje samopoczucie związane z weganizmem jest super, rano przed zawodami jadłam po prostu banana (plus B12) Solgaru, i piłam zwyczajową, słabą liofilizowaną kawę  z mleczkiem sojowym, po zawodach piłam wodę, a po powrocie rowerem do domu wielkiego szejka: banan, marchew, brokuł, kakao, mleczko sojowe, woda i troszkę cukru - litr szejka i byłam jak nowa, trzeba było pójść po zakupy, zrobić szybko obiad i deser dla gości Rodziców (niezawodny czeko-krem z avocado), a następnie wskoczyć na rower i śmignąć do Sopotu (15 kmw jedną), następnie też na rowerze wróciłam stamtąd do domku, a po wysiłku owoce smakują szczególnie intensywnie: mandarynki, jabłka, banany, pasta z fasoli, orzechy nerkowca, kiełeczki lucerny, chlebek jaglany, smażone krążki cukinii a tempurze - no ale to nie na noc, tylko w ciagu dnia.
                                                          Z tego zaraz będzie szejk...

Generalnie tego dnia przejechałam na rowerze około 2 * 11 km do Zaspy = 22 km rowerem na zawody i z powrotem do Gdańska, nastepnie 2 * 15 = 30 km do Sopotu, no i przeszłam te 6 km nordikiem. Sama wciaż myślę, że to błąd w obliczeniach,ale wychodzi na to, że dziś, gdy to piszę, czuję się normalnie, zdrowo, troszkę czuję w stopach, bo miałam słabe, bawełniane, za duże już skarpety, no ale to nie kwestia wydolności organizmu a sprzętu...Po prostu szok...! 50 km rowerem i 6 km piechotą i dziś jestem jak nówka :)

Trzeba przyznać, że od czasów pierwszego bloga o nordiku, jeszcze z Torunia, gdy pisałam z zadyszką o 3 km przechadzce z kijami ... minęły lata świetlne :) Ciężko uwierzyć...